hoping you’re someone I used to know

Po wszystkich tych latach, w których tu bywałam – rzadziej lub częściej – mogłam zawsze wysnuć jeden wniosek: po każdej burzy przychodzi słońce. Zawsze może być gorzej i choć zdarza mi się zbić lustro i czekać siedem długich lat aż miłość mojego życia zwróci na mnie uwagę, to jednak zawsze wewnątrz była siła i samozaparcie żeby podnieść głowę i powtórzyć „dam radę”, „kto jak nie ja”, „weź się w garść”… Aż sił zabrakło. W najgorszym możliwym momencie, w dniu 25. urodzin, w dniu, który miał być mój, a był zupełnie obcy i rozżalony.

Nastoletnie problemy możemy schować na dnie szafy, tak jak ten, układany dziś misternie jak Tetris, karton z pamiątkami. Bo to, co przyszło, pokonało nas wszystkich, ale przede wszystkim mnie i ukochaną niezależność, której musiałam się wyzbyć. A zatem, od kilku tygodni zależę od dobrej woli ludzi. I choć ludzie nie zawodzą, ja na każdym kroku zawodzę sama siebie. A to chyba najbardziej upokarzające.

Wiesz, to trochę jak poczucie, że wszystko, co w Twoim życiu piękne, już się wydarzyło. Moja racjonalna połowa doskonale wie, że to nie może być prawda, że przed nami jeszcze tyle cudownych chwil i jeśli będzie mi dane, nie tylko za Ciebie wyjdę, ale urodzę Ci gromadę fantastycznych dzieci i będziemy żyli długo i szczęśliwie. Ale w moim życiu już na zawsze zagościł strach, którego nie znałam.  Byłam przekonana, że jestem optymistką, że nic nie może mnie złamać, że od chwili, w której zaczęliśmy być razem, świat należy do nas. Jednak od kiedy jestem naprawdę dorosła i muszę podejmować własne decyzje, mam wrażenie, że każda kolejna jest gorsza i niszczy, nie tylko mnie, ale nas. Powiedz mi, czemu zdecydowałam się wrócić? Powiedz, czemu zgubiłam asertywność i pewność siebie? Powiedz, czy zmiana, która nadejdzie ma rację bytu? Powiedz mi jedną prawdziwą rzecz, którą wyniosłam z domu, a która istnieje w rzeczywistości?

Nie radzę sobie ze światem wypłukanym z wartości. Swiatem, w którym rządzi ten, który nawet nie tyle potrafi się sprzedać, co umie sprzedać innych – bez skrupułów, wyrzutów sumienia, ale i bez uśmiechu. Ludzie nie są okrutni, nie krzywdzą z premedytacją, ale robią to, bo tak jest łatwiej i wygodniej, a najważniejszy jest święty spokój. W tym świecie jestem dziś nie tylko psychicznie, ale i fizycznie uzależniona od innych, których celem jest przetrwać od 9 do 17, przemknąć niezauważenie przez wszystkie elementy dnia codziennego i zasnąć z poczuciem, że nie trzeba się niczym przejmować. To świat, który ze mnie szydzi, który pyta „o co ci właściwie chodzi, skoro ty naprawdę nie musisz się przejmować?” i na dokładkę serwuje mi problemy zdrowotne, jakby chciał powiedzieć „teraz możesz chwilę ponarzekać”.

A przecież w tym wszystkim nie chodzi o to czy moje kolano zgina się ciut więcej czy mniej, ale o to, że brakuje sensu. Po co ta gonitwa, po co sztuczne uśmiechy, udawane ambicje? Wypada więc zastanowić się, co przeraża mnie bardziej: to, że zdrowie może mi zniszczyć karierę zawodową, czy może jednak to, że nie ma ona najmniejszego sensu? Możemy śmiać się z telewizyjnych kłamstw i rządowych oszczerstw, ale na samym końcu okazuje się, że to jak prawo Saya – podaż tworzy popyt na samą siebie. Ludzie chcą się karmić tym, co jest serwowane przez ten świat, więc globalny biznes się kręci. Jest łatwo, niezbyt wymagająco. Idealizm wymaga poświęceń. Po co?

Kiedyś sądziłam, że byłabym dobrym żołnierzem – inteligentnym i bardzo zawziętym, walczącym do końca. Dziś sądzę, że zginęłabym jako pierwsza. Tylko po to żeby pokazać jak bezsensowna jest wojna. Mój głos zginąłby jak miliony innych nigdy nieusłyszanych głosów wołających o pomoc.

Chciałabym dziś wiedzieć i czuć mniej. Ale to już niemożliwe.

Podnieś się, bo jeśli nie podniesiesz się dziś, to już nigdy.

Źle nie jest, dobrze wcale. Zgubiłam chyba umiejętność zamieniania emocji na słowa, bo ten niepokój, który wisi w powietrzu to coś więcej niż stan przejściowy. To chyba pokoleniowe, nerwicowe, tak bardzo dzisiejsze. Fakt jest taki, najprościej ujmując, że się boję.

A boję się rzeczy prozaicznych i wielkich zarazem. Boję się, że  położą nam krzywo płytki w kuchni. Boję się, że zaśpię do pracy. Boję się, że nie zdążę napisać swojej pracy magisterskiej. Boję się, że zepsuje mi się samochód. Boję się, że jesteś chora. Boję się, że już nigdy nie będzie tak jak było. Boję się, że mnie zostawisz.

I tak żyję w tym strachu, który stał się nieodłącznym elementem życia przepływającego przez palce. Każdy przecież powinien mieć jakiś cel, a moim obecnie jest przeżycie do jutra bez większych emocji, bez gwałtownych i bolesnych upadków, bez świadomości, że tyle lat pracy doprowadziło do niczego, przyparło do muru i nie daje żadnych perspektyw. Moja wysoka samoocena zaczyna szwankować, nie mam już siły na walkę z systemem – z ludzką głupotą, lenistwem, złym gustem i egoizmem.

Straciłam do siebie fizyczny i psychiczny szacunek. Mam cichą nadzieję, że ten rok kiedyś minie i wyjdziemy na prostą. Nie tak miało być.

Ostatni raz

Brzmi to wystarczająco złowieszczo, by się tego hasła obawiać. Często przecież bywa tak, że robimy coś miliony razy, by w końcu bez zastanowienia zrobić milion pierwszy i dopiero po fakcie dowiedzieć się, że to był ten ostatni. Ale czy lepiej jest mając tego świadomość?

Są rzeczy, które w życiu przemijają, ale są też takie, które kończymy na własne życzenie. Czasem bo tak wypada, a czasem bo już nie mamy siły ciągnąć tego dłużej. Z poczucia bezsilności kończą się wielkie miłości i spektakularne kariery.

A ja miałam czelność i odwagę powiedzieć, że nie boję się wejść jeszcze raz do tej samej rzeki. Od dawna jesteś nurtem i jedynym słusznym kierunkiem. Wielu rzeczy w życiu mogę nie być pewna, ale tego będę zawsze.

Chyba przez tę pewność i satysfakcję, że w tych dość chwiejnych czasach, my należymy całkowicie do siebie, jestem już trochę poza tą całą sytuacją. I choć znów są hektolitry kofeiny, i kolejne papierosy, pozostaję nieobecna, bo głowa mieszka już w sercu Ursynowa, choć jeśli chodzi o ten organ, pozostanie on do końca świata na Mokotowie.

„To na chwilę” – powtarzam jak mantrę i chyba sama sobie już wierzę, bez obaw przeprowadzając kolejne elementy swojego życia na południe. Gdybym jednak zaufała tej teorii w stu procentach, pewnie nie chciałabym by wszystko było takie perfekcyjne, bo przecież to „dopiero połowa drogi”. Ale nigdy nic nie wiadomo, warto więc już pomalować ściany na tę piękną szarość, bo innych ścian możemy nie dożyć.

A ja żyję tu i teraz, mając z tyłu głowy poczucie, że to ostatni raz, ale czy to źle? Pamiętam jak sześć lat temu o tej porze siedziałam pod plakatem B. a myślami już od dawna byłam sto osiemdziesiąt kilometrów dalej. I to chyba nic złego – marzymy, insynuujemy, jesteśmy żywymi ludźmi.

Jeszcze kilka tygodni temu tak bardzo bałam się, że zmierzamy w złą stronę. Że podejmujemy poważne decyzje, z którymi wiążą się konsekwencje na całe życie, a przecież nie mamy o nich pojęcia – jesteśmy tak młodzi, naiwni i niedoświadczeni.

To nie ma najmniejszego znaczenia. W ciągu najbliższych tygodni wiele rzeczy zrobię po raz ostatni i będzie mi z tym dobrze. Pozbawiłam się ostatecznie swojej nostalgicznej cząstki, wielokrotnie powtarzającej, że tyle dobrego już za nami.

Ha, wiesz ile jeszcze przed?

czemu nie?

Od czasu do czasu czytam lub oglądam coś, co zmienia mój punkt patrzenia na rzeczywistość. Lub też wręcz przeciwnie – bardzo utwierdza mnie w przekonaniu, że to co robię na przekór wielu, ma jakiś sens. Czasem coś, co przeczytam strasznie mnie wkurza. Mam ochotę napisać do autora i wytłumaczyć mu, że to nie tak. Że nie rozumie. I dziś jest chyba tak, że to wszystko czuję po trochu.

Przy ostatnich rozmyślaniach o życiu, w których padało dużo słów związanych z dorosłością, dojrzałością i rzeczami, jakie się na nie składają, poczułam się tym wszystkim zwyczajnie zmęczona. I później ta książka – tekst, który mówi o polskim głodzie posiadania, głodzie własności i tym, że „mieć” zawsze wygra z „być”. I tak, właśnie to mnie strasznie wkurza. Trochę, że się nad tym nie pracuje, choć każdy to wie. Ale przede wszystkim, że nie rozumie się istoty problemu. Bo jego dzisiejsza definicja stawia sprawę jasno: jestem nieszczęśliwy, bo nie mam. A problem tkwi w tym, że „jestem nieszczęśliwy, bo dla mnie szczęściem jest posiadanie”. To jakiś XXI-wieczny absurd – chcemy, chcemy i chcemy. Ale nie potrzebujemy. Tylko chcemy.

Pomyślałam dziś, że nic komukolwiek do tego gdzie mieszkam i czy jestem na to mieszkanie zakredytowana na najbliższe ćwierćwiecze. Czy jeżdżę takim a nie innym samochodem. Ile mam na koncie i dokąd jeżdżę na wakacje. Czy jego zdaniem mam szczęście, bo „mam”. Bo ja chcę „być”, a posiadanie może mi oczywiście ułatwić start, ale nie poukłada mi w głowie. Nie sprawi, że będę od kogoś lepsza.

A zatem wszystkie komentarze ostatnich tygodni odkładam na półkę „usłyszane, przemyślane, zapomniane”. Jeśli chcę się spełniać i realizować marzenia, muszę to robić pomimo. Mimo wszystko. To jak z Naszą miłością. Skoro tyle lat mogłam Cię kochać mimo wszystkich komentarzy „realistów” oraz  ”sceptyków”, mogę też robić swoje w każdej innej dziedzinie życia. Ludzie zbyt szybko tracą wiarę, a za jej stratę obwiniają rzeczywistość. Ale skoro sam kreujesz swoją rzeczywistość, jak możesz ją o cokolwiek obwiniać?

Warszawa była ostatnimi dniami bardzo ponura, szara, deszczowa. Chciała płakać razem ze mną i moim problamtycznym niedopasowaniem. Nie była przytulna i kochana. Nie była moja. Dziś znów wyszło słońce. Myślisz, że to coś znaczy? Ja myślę, że trzeba być sobą i nikogo nie udawać. Więc nie udawaj, że mi nie zazdrościsz, a ja przestanę udawać, że się wstydzę. Niczego się nie wstydzę. A najbardziej siebie.

I znów praca, i znów nauka, i znów 200% siebie, długi dzień, krótki sen i dużo jazdy samochodem. Bo czemu nie?

Kocham to życie.

Nic nie wiesz o życiu.

Tak można określić motto stycznia. Nie wiem nic. Ani o życiu, ani o Was, ani nawet o sobie samej. Bo przecież życie jest złe i brutalne. Bolesne i niesprawiedliwe. A ja szukam w nim radości, która z zasady jest kłamstwem. Radosnym jest się przez moment ulgi, kiedy wychodzi się z domu, w którym krzyczy pijany ojciec alkoholik. Przez chwilę satysfakcji, kiedy kolega z ławki dostał gorszą ocenę. Przez moment triumfu, kiedy sto osób lubi twoje wrzucone do sieci zdjęcie z rodziną. Żoną, której nie kochasz, córką, która jest na świecie przez przypadek, synem, który cię nienawidzi.

Dla Was jestem oderwana od rzeczywistości. Ale czym innym jest realizm a czym innym malkontenctwo. I być może nie znam tych wszystkich złych uczuć, które siedzą głęboko w człowieku i szukają ujścia, zabijając przy tym każdą chwilę zadowolenia. Jednak myślę, że to nic złego być radosnym po prostu. Nie z ulgi, satysfakcji, triumfu. Po prostu. Cieszyć się prozaicznymi sprawami i szukać w nich tego, co cenne. Bo to nie życie jest złe. To ludzie są źli. Myślę, że o życiu wiem całkiem sporo. Tylko ludzie wciąż zawodzą i rozczarowują.

Styczeń to faktycznie smutny miesiąc. Zderzenie się z polskimi realiami nie przebiegło tak jak je sobie zaplanowałam. Miało być euforycznie: nadrabianie nieobecności, masa miłości i zrozumienia. Zamiast tego zostałam zalana potokiem pytań, na które nie mam, nie mam prawa mieć odpowiedzi. O pieniądze, mieszkania, samochody, pracę, odśnieżanie podjazdu i mole w szafie. To, co sama mam w głowie – większość ludzi ma tylko od święta. To „kochanie zanim odejdzie”. Ale czym jest kochanie przy niezależności finansowej, wakacjach we Włoszech i umowie o pracę. Niczym.

Nie jestem oderwana od rzeczywistości. Oceniam tylko wszystkich swoją miarą, czego robić nie powinnam, a co tyle ludzi powtarza mi od prawie dwudziestu lat. Bo ludzi nie interesują inni ludzie, nie są sentymentalni, nie pamiętają o ważnych datach, nie potrafią znaleźć rozwiązania, nie są optymistami. Ludzie to tylko ludzie. A ja, właściwie nie wiem dlaczego, jestem typem społecznym. I będę oceniać wszystkich tak, by widzieć ich zalety. Niezależnie od liczby zer na koncie i dzielnicy mieszkaniowej.

Tak wygląda dorosłość. Kupujesz masę mebli z Ikei, bo na lepsze Cię nie stać, ale masz tę chęć i tę radość. Mam w sobie tę obawę, że zbliża się dzień, w którym przestanie mi się chcieć. I co wtedy?

umarłam

Zabiliście mnie. Swoim okrutnym prozaizmem, swoim smutkiem i frustracją, swoim niezadowoleniem i nieumiejętnością doceniania małych rzeczy. Umarłam, bo ostatni tlący się w nas płomień został brutalnie zdmuchnięty przez okrutne odpowiedzi na banalne pytania. Wszystkie zakończone bolesnymi kropkami, bez wielokropków z refleksją i znaków zapytania z nadzieją. Wszystkie wyrażające absolutną obojętność i brak zainteresowania. Stałam się nikim pisanym małym n, nawet nie wyśmianym z powodu swojej naiwnej infantylności, ale zwyczajnie porzuconym jak zużyta zabawka. Nie zamordowanym z zimną krwią i satysfakcją. Zabitym przez przypadek.

Jako moja bardziej racjonalna połowa dziwisz się wciąż, dlaczego ubolewam nad światem, który Twoim zdaniem, nigdy nie istniał. Ale zachowuję się trochę jak sierota, która znalazła zastępczą rodzinę. Tęsknię za nią, jednocześnie obawiając się, że ta, u której jestem obecnie, zniknie w ten sam sposób. I znów zostanę zapomniana. I znów umrę.

Ale może to przewrotność życia każe nam się wciąż dostosowywać, każe nam pamiętać, że trzeba być elastycznym,  że dziś jesteśmy obywatelami świata a jutro będziemy inwigilowani przez rząd. Dziś się kochamy, jutro będziemy nienawidzić. Dziś wiesz o mnie wszystko, jutro nie będziesz wiedział nic. Tylko to chyba właśnie nadmiar wiedzy przytłacza. Gdyby zsumować wszystkie nasze uśmiechy i wymieniane serdeczności moglibyśmy obdarować nimi setki osób. Gdyby nie rozumieć, życie byłoby prostsze. Gdyby nie czuć, zupełnie łatwe.

Biłam się z myślami, z emocjami, ze sobą. Ale podjęłam już decyzję, z której nie zamierzam się wycofywać i zamykam ten rozdział. Rozdział który był dla mnie szkołą miłości, przyjaźni, zrozumienia, zaufania, smutku, bólu i realnej troski o drugą osobę. Zamienił się w homofobiczne wyznania, faszystowskie poglądy, troskę o pieniądz i zachowanie pozorów. To koniec. Umarłam by narodzić się na nowo.

Nie zepsuj tego, D. Masz taką fenomenalną zdolność do tworzenia sztucznych problemów i psucia. Z perspektywy czasu to niszczenie pozwala na budowanie czegoś innego. Ale oducz się tego. Naucz w zamian, że nic nie trwa wiecznie. Nic.

Nic? Ty Jeden zostałeś. Zostaniesz? Będziesz? Bezpieczna czuję się tylko wtedy kiedy otwieram rano oczy i widzę Cię obok. Bo choć wiem, że kiedy wstanę uderzy mnie fala nienawiści przepełniona twarzami ludzi, którzy z satysfakcją chcą zniszczyć wszystko, na co pracowało się całe życie, Ty wciąż śpisz obok. Kiedy śpimy marzymy wspólnie.

Kiedyś Nasze marzenia się spełnią. I ani ten rząd, ani ludzie, których kiedyś uważaliśmy za przyjaciół, a już na pewno nie moja trudna psychika, tego nie zniszczą.

zimno

Nic się nie zmienia i zmienia się wszystko. Minęło dziesięć lat od kiedy po raz pierwszy wystukałam na klawiaturze swoje sprzeczne emocje. I nie wiem ile wciąż jest we mnie z tamtej dziewczynki. Wiem natomiast, że kiedy powinnam się uczyć, otwieram bloga i chcę dzielić się refleksjami. Ale może nie ma żadnych głębszych. Może po prostu prokrastynuję. Może tylko chcę już być w domu.

To chyba jeszcze nie czas by podsumowywać ostatnie miesiące. Bez odpowiedniego dystansu ciężko odnieść się do ostatnich wydarzeń. Z jednej strony jest tak jak poprzednio – utwierdziłam się w przekonaniu, że przy całej Północnej Miłości, mam już swoje miejsce w życiu, swoją miłość, przyjaźń, cel i sens. Ale ile z tych idei jest wyimaginowanych a ile istnieje naprawdę? Ilu ludzi, których szanuję i podziwiam, jest wewnętrznie skłóconych z samymi sobą, ilu z nich kłamie, ilu uśmiecha się tylko do zdjęć?

To tylko takie głupie odczucia. Odczucia znad kubka herbaty, która wystygła, sprzed okna, w którym odbijają się choinkowe lampki.

A jeśli znów, bądź nadal, jestem w punkcie, w którym nie wiem czego chcę od życia?

various storms and saints

A więc o szczerości słów kilka.

Zawsze taka byłam. Wtedy kiedy w wieku ośmiu lat wykrzyczałam ci w szkolnej toalecie, że cię nienawidzę. Później kiedy płakałam nad tym, że nic z nas już nigdy nie będzie. I kiedy leżąc na trawie dostałam napadu histerii i płakałam nad tym jak bardzo nie mogę sobie z nami poradzić. Ja po prostu nie umiem kłamać. I choć życie jest trudne i czasem zmusza nas do małych przekrętów, ostatecznie jestem bardzo czytelna. Tak po prostu mam, tak mnie wychowano. To jest wartość.

Ale są też inne wartości. Jest miłość, przyjaźń, zaufanie, wiara. Jest masa elementów, które „wypada”, ale nie dlatego, że nakazuje tak konwenans społeczny, ale dlatego, że staramy się szanować i być dobrymi ludźmi. Ale chyba znów oceniam wszystkich swoją miarą.

To zabawne jak bardzo jesteś do niej podobna. Jak bardzo potrafisz odwrócić kota ogonem i zrobić z siebie ofiarę. A ja, ze swoją szczerością i wszystkim na wierzchu, pozostaję z odbijającym się echem pytaniem: dlaczego? Dlaczego ludzie mówią o wartościach, o których nie mają pojęcia, dlaczego nie mają odwagi zmierzyć się z własnymi opiniami i dlaczego na świecie króluje nic innego jak tylko skurwysyństwo?

Myślę, że jestem trochę zbyt mało skomplikowana. Gdybym, tak jak wy, miała warstwy, inne twarze, słodkie oblicza, robiła olbrzymie kolacje, była „fajna”… Pewnie wszystko byłoby łatwiejsze. Ale ja jestem tylko prostolinijna i w tej prostolinijności wredna, okrutna i niewdzięczna. Bo przecież czym są wartości nad tym uroczym uśmiechem znad ubrudzonego fartuszka, kiedy wyjmujesz z piekarnika złotego kurczaka, którego robisz „specjalnie dla nas”? Niczym. Liczy się tu i teraz, nie „jakieś tam zasady”. Zjedzmy więc i uśmiechajmy się dalej.

Od dziecka miałam problem z ludźmi, którzy są wiecznie szczęśliwi i lubią wszystkich dookoła. Przecież to takie proste być przyjacielem wszystkich. By ostatecznie nie być niczyim przyjacielem.

I choć męczy mnie to od kilku dni, bo wiem, że to niesprawiedliwe – świat nie jest sprawiedliwy. Wiemy o tym my i nasze rodziny. Wiedzą nasi bliscy i wszyscy ci, dla których, pomimo zmieniających się czasów, wartości to wciąż coś żywego. W obliczu ostatnich wydarzeń myślę, że żadne miejsce na Ziemi nie jest już bezpieczne. Ale nawet stojąc na progu wojny myślę, że chciałabym umrzeć na moich zasadach. Byłoby to pewnie bardziej bolesne i trudne, ale przynajmniej prawdziwe. Bez fałszywych uśmiechów i górnolotnych słów bez pokrycia.

Ja mam szczęście. Za pięć tygodni wrócę do poukładanego świata złożonego z ludzi o często innych, ale jednak wartościowych poglądach. Do ludzi, którzy mają odwagę wyrażać swoje zdanie, którzy chętnie się kłócą i krzyczą na siebie, by ostatecznie znaleźć rozwiązanie. Do ludzi, o których jeszcze tydzień temu pisałam, że są trochę zmęczeni i wyprani swoim realnym życiem. Nie pomyliłam się, ale nie zaznaczyłam jednego. To najbardziej wartościowi ludzie na świecie. Tego nie zmieni nic.

Zawsze uważałam, że to dość naiwne, umierać na barykadach, kiedy można o wiele bardziej zaszkodzić wrogowi przebiegłością i pułapką. Ale ja przecież poszłabym na barykadę. Zginęła z czystym sumieniem. I sercem.

Jeszcze nie umarłam. Za 33 dni wrócę do życia.

inaczej

Na swój sposób jest inaczej. Chciałam wrócić, żeby przekonać się, że urlop od życia jest dobry tylko na chwilę, kiedy masz to wewnętrzne przekonanie, że codzienność wcale nie jest taka zła. I nie jest. Ale nie jest też bajką o królewnie z pewną przyszłością, królestwem i księciem na białym koniu. Bo dwór jest zapracowany i nie ma czasu ani ochoty na bale, a przyszłość to więcej znaków zapytania niż kropek. I choć w tym wszystkim jest zawsze książę, gotowy porwać cię w nieznane… najpierw musisz mu powiedzieć jakie „nieznane” lubisz.

To nie jest tak, że plan się rozsypał. Nadal trwa proces wdrażania go, ale być może staliśmy się nagle zbyt mało idealistyczni i infantylni by móc się z tego cieszyć. Chciałam tkwić w tym samym momencie życia, ale ono biegnie naprzód. To trochę jak z Nami – byliśmy na szczycie marzeń, które zepsuliśmy i długie lata zajęło nam ich naprawanie. Czy po ostatecznym wdrapaniu się na kolejny szczyt, droga biegnie już tylko w dół? Oby nie.

Wszystko było po staremu i tak jak być miało. Ale kiedy myślę o tym z pewnego, fińskiego dystansu wiem, że dobrze zrobiłam wyjeżdżając tu. Mając szansę na zaczerpnięcie powietrza, którego będzie mi brakować, kiedy wpadnę znów w korporacyjny wir. I nie chodzi wcale o to, że nie jestem gotowa. Moje życie wyglądało zupełnie jak wasze przez ostatni rok. Tylko czy to jest ten szczyt marzeń czy równia pochyła?

Kocham was bezgraniczną miłością. Ale „bezgraniczny” czasem różni się od „bezwarunkowy” o czym przekonaliśmy się dobitnie, kiedy jedno wydarzenie potrafiło rozbić grupę przyjaciół, pozostawiając tylko zgliszcza. I może ktoś mi powie, że to wcale przyjaźń nie była i co ja mogłam wiedzieć o życiu, mając zaledwie kilkanaście lat. Ale dla mnie byliście na swój sposób całym światem. Za którym tęskniłam, którego nie chciałam nikomu oddać ani zapomnieć. A potem po prostu wszystko rozpadło się bez mojego udziału. Zrozumiałam i znalazłam innych „was”. Boję się, że wszystko skończy się tak samo. Nie może, po prostu nie może.

Prawdopodobnie, na cały ten mój nastrój, wpływa także nasze spotkanie. Bo kto inny jak nie ty, podkreśla, że tamto życie nie było wcale imaginacją, ale realnie najlepszymi latami życia. Choć teraz już mogłabym zacząć polemizować. Nie chcę ze strachu wpadać w obsesję. Nie zrobię tego sobie ani wam. Ale straciłam jakąś część wiary i nie wiem jak ją odbudować. Słuchanie o weselach, ślubach, wypłatach, mieszkaniach i dzieciach wcale mi nie pomaga.

Nie jestem gotowa. Na nic nie jestem gotowa. Nawet w Nas szukam dramatu, bo przecież ten wybuch płaczu był tylko chorym wyobrażeniem, że coś może pójść nie według planu. Planu, który mam, którego chcę  i który mnie piekielnie przeraża.

Mamy sześć tygodni. Sześć tygodni tęsknoty, po której wrócę i nie będę miała żadnej z tych wątpliwości. Ale to dobrze, że przez sześć tygodni mogę wciąż nie być dorosła.

round here

Kochanie,

świat jest już tak skonstruowany, że dziś jesteśmy, ale jutro może nas już nie być. I kiedy dziś patrzę wstecz, wciąż widzę Nas, siedzących nad Wisłą z głową pełną beztroski. Ale wiem, że ta chwila już nigdy nie wróci, że na swój sposób nie jesteśmy już tymi samymi ludźmi, że coś się zmieniło. A ja wciąż kocham Cię tamtą naiwną częścią siebie, która wierzy, że świat jest dokładnie taki, jaki sobie wymarzymy. Bo od kogo to wszystko zależy? Nie miałam wtedy nawet szesnastu lat. Paryż był dla mnie centrum wszechświata. Ten jeden wieczór znaczył wszystko. A potem pojawiłeś się Ty. I kolejne miłości. I kolejne zobowiązania. Bo miłość to pewne zobowiązanie. Zobowiązanie do pamiętania o sobie. I tak, z każdą kolejną przerwaną melodią, z każdym człowiekiem, który nie jest już nikim więcej jak tylko pozycją na Facebook’owej liście, umiera jakaś część mnie, która przecież była tak obecna w tamtej nastolatce w trampkach i okularach. I było wietrznie. Ale była ta nadzieja, że to dopiero początek, że dalej będzie tylko lepiej.

Kiedy mnie odwiedziłeś, też było wietrznie. Też siedzieliśmy w trampkach nad wodą. Całowałeś mnie tak samo i choć już nie czuję tej ekscytacji, przecież kocham Cię tak samo. Nawet nie. Bardziej. I tylko muzyka ucichła i nie ma już dla nas przełomowych momentów. Jesteśmy tylko My. A Paryż stał się punktem na mapie.

Zmieniłam się. Pewne rzeczy pogubiłam po drodze, bo wszyscy dookoła chcieli mi je zabrać. Lepiej było więc je zgubić samemu. Nie pozwól mi Cię zgubić. Nie pozwól sobie kiedykolwiek przestać mnie kochać.

Dziś nie mam pojęcia dlaczego tu jestem, ale jedno wiem na pewno: nie chcę się z Tobą zestarzeć. Chcę być z Tobą na zawsze. A wtedy na zawsze będziemy mieć szesnaście lat.